W kwietniu 1793 r., doszło do powołania Komitetu Ocalenia Publicznego, który stał się rodzajem super-rządu nadzorującego ministrów i „wydającego im rozkazy wydawania rozkazów”. Ten dualizm rządowy (Komitet Ocalenia – Rada Wykonawcza i jej ministrowie) był listkiem figowym, resztą zasady separacji władz, ale także wyrazem wahań członków KOP dojrzewających powoli do decyzji przejęcia władzy wykonawczej i całej za nią odpowiedzialności.

Z pierwszego, dziewięcioosobowego Komitetu Ocalenia, który zaczął pracę 7 kwietnia 1793 r., Konwencja wykluczyła posłów zbyt zaangażowanych w walkę partii: wybrano doń posłów Równiny i górali umiarkowanej orientacji. Nad wszystkimi dominowała wyraźnie zarysowana indywidualność Dantona. Ale Danton, empiryk, zdolny raczej do wielkich zrywów i improwizacji niż do systematycznego wysiłku, był już nużony. I on, i inni „ludzie umiaru” utrzymali się w KOP, mimo częstych zmian w jego składzie, aż do lipca 1793 r. Przez te pierwsze trzy miesiące Komitet Ocalenia nosił więc piętno polityki ugodowej, wahającej się, niepewnej. Powołany, by poprowadzić kraj do zwycięstwa, szukał bezskutecznie szans negocjacji pokojowych, szukał też niemożliwej zgody partii. Nie mógł na tym polu mieć sukcesów.

Drugiemu „wielkiemu” Komitetowi Ocalenia ów pierwszy, dantonowski, przekazał w spadku dwóch wybitnych członków: Roberta Lindeta i Bertranda Barère. Pozostały po nim również pewne organizacyjne rozwiązania: połączenie kolegialności działania z wydzieleniem różnych obszarów zainteresowań dla poszczególnych członków. Tak więc Danton i Barère zajmowali się dyplomacją; Cambon, Lindet i Guyton-Morveau wzięli sprawy wewnętrzne, finanse, aprowizację; Delacroix i Delmas – sprawy wojny; Treilhard i Brèard – marynarkę. Układ zadań potem komplikował się zresztą i zmieniał, wraz ze zmianami personalnymi w składzie Komitetu. Kolegialnie obradowano dwa razy dziennie, o 9-ej rano i wieczorem o 19-ej. Spod kompetencji Komitetu Konwencja ostrożnie wyjęła sprawy policji i finansów, ale przyznała mu duże sumy na wydatki sekretne. Pełnomocnictwa KOP opiewały na jeden miesiąc i co miesiąc miały być przedłużane. W taki oto sposób Konwencja zabezpieczała się starannie przed groźbą dyktatury Komitetu.

Zasada comiesięcznego potwierdzania składu i kompetencji Komitetu Ocalenia pozostała i w okresie „robespierrowskim”, od lipca 1793 do lipca 1794 r. W rzeczywistości jednak Komitet zdołał się utrwalić. Kolejne jego „odnowienia” odbywały się mechanicznie, wśród okrzyków posłów Góry: „Continuez! continuez!” Zaś 12 czerwca 1794 r. Barère zakończył już jeden ze swych sławnych raportów dla Konwencji, zszedł z trybuny – i nagle tam wrócił: ” Zapomniałem powiedzieć, nim zreferowałem wiadomości, że Komitet zobowiązał mnie, bym poprosił o odnowienie jego pełnomocnictw, które wygasły”… Dwie próby posłów-dantonistów, z września i grudnia 1793 r., by doprowadzić do istotnych zmian w składzie KOP, spełzły na niczym. Owszem, Komitet dokonywał zmian personalnych w swym gronie, ale z własnej inicjatywy. Robespierre wszedł doń 27 lipca: ponoć członkowie Komitetu uznali, że zgodnie ze swą stara tradycją opozycyjną „będzie się sprzeciwiał wszystkiemu, czego nie będzie robił sam”. Barère miał jakoby twierdzić, że „jego wielka popularność, jeśli pozostanie czymś zewnętrznym (dla Komitetu), stanie się ambarasująca”.

(…) Wszyscy należeli też do do generacji, której dopiero rewolucja otworzyła szanse wielkiej kariery. Średnia ich wieku oscylowała wokół 37-38 lat; najstarsi byli Lindet (47), Jean Bon (44), Collot (43) i Carnot (40). Tak jak w całym personelu politycznym rewolucji, i tu przeważali adwokaci (Robespierre, Couthon, Barère, Hérault, Billaud-Varenne, Lindet, Prieur de la Marne). Beniamin Komitetu, 26-letni Saint-Just, ukończył też studia prawnicze, lecz nie praktykował. Carnot i Prieur de la Côte-d’Or to oficerowie zawodowi, Collot był aktorem i autorem dramatycznym, Jean-Bon – kapitanem żeglugi wielkiej.

Dwunastu ludzi, którzy rządzili Francją: tak ich nazywano często, ale niezbyt ściśle. Od października należy z tej liczby wyłączyć Héraulta. Praktycznie trzeba też wyłączyć z owej dwunastki Jeana Bon i Prieura de la Marne: spędzili oni większość czasu na wybrzeżu z misją odbudowy marynarki wojennej, która znalazła się w sytuacji żałosnej, i to właśnie w momencie, gdy wypadło prowadzić wojnę z Anglią. Tak więc Republiką rządziło, za fasadą wszechwładzy Konwencji Narodowej, dziewięciu ludzi.

Jak nią rządziło? Otóż Francja uzyskała nareszcie w Komitecie Ocalenia Publicznego organ rzeczywiście kolegialny. W okresie reakcji termidoriańskiej dawni członkowie KOP starali się pomniejszyć tę rolę kolegialności; akcentowali fakt wyraźnego podziału prac i kompetencji. Carnot twierdził, że w KOP był podział na „rewolucjonistów” mających podtrzymać emocje polityczne (Billaud, Collot, Barère); specjalistów od wielkiej polityki, którzy zajmowali się prawodawstwem, policją, Trybunałem Rewolucyjnym (Robespierre, Saint-Just, Couthon), i wreszcie ludzi konkretnej roboty: to właśnie Carnot, Prieur de la Côte-d’Or i Lindet. (…) Operacjami wojennymi zajmował się w Komitecie Ocalenia Carnot, uzbrojeniem i wyposażeniem armii – Prieur de la Côte-d’Or. Obaj byli zaprzyjaźnieni i współpracowali ze sobą harmonijnie. Temperament zachowawczy zbliżał ich do Lindeta; ten jednak miał pewne powiązania z Dantonem, którego Carnot nie znosił. Domeną Lindeta były aprowizacja i transport.

Podział zadań w Komitecie nie był bynajmniej sztywny. Ruchliwy, szybki w pracy Barère zajmował się wszystkim po trochu. Jego specjalność – raporty dla Konwencji – uprawiali także inni, Robespierre i Saint-Just przede wszystkim. Robespierre żywo interesował się obsadą stanowisk dowódczych w armii, sytuacją na prowincji, aprowizacją. Sain-Just rozumiał się wcale dobrze na operacjach wojennych: gdy jedność Komitetu zaczęła się kruszyć, Carnot proponował w imię świętej zgody, że odda w całości swój dział pod opiekę Saint-Justa. Nie należy więc spoglądać na członków Komitetu Ocalenia jak na szefów resortów tkwiących w swoich biurach i zazdrośnie strzegących swych terenów łowieckich. Prawdą jest, że KOP załatwiał codziennie 500 lub 600 spraw: kolegialne ich rozstrzyganie byłoby oczywiście niemożliwe. (…) Jeśli decyzje podjęte indywidualnie były naprawdę ważne, a nie standardowe – ich redaktor informował o nich swych kolegów, angażując w ten sposób odpowiedzialność całego Komitetu. Gdy zaś chodziło o kwestie podstawowe – to rozstrzygano je zawsze kolegialnie. Często nie bez gwałtownych sporów, przetargów, wahań. Dawały tu znać o sobie różnice opinii politycznych i temperamentów, preferencje dla różnych metod działania, odmienne oceny sytuacji… Wszelako, jak pisał Prieur de la Côte-d’Or, zgodzono się, by z owych kłótni „nic nie przeciekało na zewnątrz, w obawie, że będzie to woda na młyn wrogów Republiki”. I rzeczywiście, przed termidorem członkom Komitetu Ocalenia nie przychodziło do głowy, by protestować publicznie przeciw decyzjom, którym wewnątrz Komitetu się sprzeciwiali. Działała tu zasada solidarności rządowej, której brakowało wszystkim poprzednim rządom.

Kolegialność i solidarność Komitetu Ocalenia przeczą mitowi o rzekomej dyktaturze Robespierre’a. Jego prywatny karnet z jesieni 1793 r., a także wspomnienia innych członków Komitetu ujawniają, jak często jego koncepcje polityczne kwestionowano, a wnioski odrzucano. Owszem, przerastał on znacznie swoich kolegów z Komitetu autorytetem, popularnością, doświadczeniem. Wycisnął swe piętno na wielu ważnych decyzjach KOP i w jego sukcesach ma ogromny udział. Kto jednak mówi o jego dyktaturze w Komitecie, zupełnie nie zdaje sobie sprawy z ambicji, drażliwości i poczucia równości, które cechowały jego kolegów. To nie byli słabeusze i serwiliści, gotowi uznać dyktat jednego z ich grona.

Komitet Ocalenia nie przyjął nigdy – nawet po zniesieniu ministerstw – miana rządu. Nosił nazwę „komitetu rządowego”, ale przyznawano ją również Komitetowi Bezpieczeństwa Powszechnego, drugiemu co do ważności w systemie jakobińskiej dyktatury. Wykonywał on niewdzięczne zadanie paraliżowania i zwalczania kontrrewolucji. Prymat KOP wyrażał się w decydowaniu o składzie osobowym Komitetu Bezpieczeństwa. KBP miał jednak ogromny wpływ polityczny i strzegł go zazdrośnie. Oba komitety rządowe często naradzały się w połączonym składzie i uzgadniały swoje działania.

Komitet ulokował się w bocznym pawilonie pałacu tuileryjskiego zwanym pawilonem Flory; dzisiaj jest to jedna z dwóch ocalałych po zniszczeniu w 1871 r. fragmentów pałacu, wieńczy on południową Wielką Galerię Luwru. Wysoki parter pawilonu Flory nie chronił Komitetu Ocalenia przed ciekawością słuchaczy, do których wiosną docierały odgłosy gwałtownych sporów toczonych w „zielonym salonie”, miejscu obrad plenarnych KOP. Billaud-Varenne pisał później, że po jednym z czerwcowych posiedzeń „uzgodniono, że Komitet Ocalenia będzie obradował piętro wyżej, by lud nie był świadkiem burz, które nami miotały”.

Billaud-Varenne tak pisał po termidorze o ciężarach rewolucyjnej władzy: „Piętnaście godzin pracy codziennie; odpowiedzialność przerażająca; troska, by tyle przedsięwziąć naraz posuwało się naprzód; niepokój nierozłącznie związany z tyloma operacjami, od których zależały triumf lub zguba Republiki; nieustająca obawa, że nadejdą jakieś katastrofalne wiadomości; wciąż obecna perspektywa nowych niebezpieczeństw; nieprzerwane konflikty z kolejnymi fakcjami… Nie, nie sądzę, by można było wyobrazić sobie egzystencję bardziej męczącą, cięższą, trudniejszą do wytrzymania”.

10401929_1040229512681243_7477195256676306193_nJan Baszkiewicz, Rząd królewski, republikański i rewolucyjny, [w:] J. Baszkiewicz, S. Meller, Rewolucja francuska 1789-1794. Społeczeństwo obywatelskie, Warszawa 1983.