Po co zebraliśmy się w tym przybytku ustaw? Po to, by umożliwić narodowi korzystanie z wiecznych praw, które przysługują wszystkim ludziom. Sami przyznaliście to, gdy postanowiliście ogłosić uroczystą deklarację tych świętych praw, będących niejako wiecznymi fundamentami, na których musi się ono opierać: „Wszyscy ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi w prawach. Suwerenność należy zasadniczo do Narodu. Prawo jest wyrazem woli powszechnej. Wszyscy obywatele mają prawo uczestniczyć w jego tworzeniu, czy to osobiście, czy przez swoich swobodnie wybranych reprezentantów. Wszyscy obywatele mogą sprawować wszystkie funkcje publiczne, w zależności jedynie od cnoty i talentów, jakie posiadają.”

A zatem, czy prawo jest wyrazem woli powszechnej, jeśli większość z tych, dla których jest stanowione, w żaden sposób nie może uczestniczyć w jego tworzeniu? Nie. A przecież odebranie wszystkim, którzy nie zapłacą kontrybucji równej trzem dniówkom robotnika, nawet prawa do wybierania elektorów, którzy będą nominować członków Legislatywy, czymże jest innym niż absolutnym odcięciem większości Francuzów od stanowienia prawa? Czy ludzie mają równe prawa, jeśli jedni mogą być wybierani na członków ciała ustawodawczego czy innych instytucji publicznych, inni mogą ich tylko nominować, a jeszcze inni w tym samym czasie nie mają żadnego z tych praw? Nie; a właśnie takie potworne różnice ustanawiają pomiędzy nimi dekrety dzielące obywateli na czynnych, biernych, półczynnych i półbiernych, w zależności od różnego stopnia zamożności, umożliwiającego opłacenie bezpośredniego podatku w wysokości trzech dniówek, dziesięciu dniówek, albo grzywny srebra?

Wreszcie, czy Naród może być suwerenny, jeśli większość tworzących go jednostek odrze się z praw politycznych stanowiących o jego suwerenności? Nie, a przecież sami widzicie, że te dekrety odbierają te prawa większości Francuzów. Czym stałaby się zatem wasza Deklaracja praw, jeśli te dekrety zostałyby utrzymane? Pustą formułą. Czym stałby się Naród? Niewolnikiem: bowiem wolność polega na posłuszeństwu prawom, które się sobie nadało, a poddaństwo na byciu zmuszonym do podporządkowania się woli cudzej. Czym stałaby się wasza Konstytucja? Prawdziwą arystokracją. Bowiem arystokracja to stan, w którym część obywateli jest suwerenem, a reszta poddanymi. I jaka byłaby to arystokracja! Najbardziej nieznośna ze wszystkich, arystokracja bogaczy. Wszyscy ludzie urodzeni i zamieszkali we Francji są członkami społeczności politycznej nazywanej Narodem francuskim, to znaczy francuskimi obywatelami. Są nimi z natury rzeczy i mocą pierwszych zasad prawa narodów. Prawa przywiązane do tego tytułu nie zależą ani od majątku, który każdy z nich posiada, ani od wysokości podatku, który na niego przypada, ponieważ to nie podatki czynią nas obywatelami; Lud, ta rzesza ludzi, których sprawy bronię, swoje prawa czerpie z tego samego źródła, co wy. Kto dał wam władzę, by je im odebrać?

Powołujecie się na powszechny pożytek! Ale czy może być coś pożytecznego, co nie jest sprawiedliwe i uczciwe? I czy ta wieczna zasada nie stosuje się zwłaszcza do organizacji społecznej? A jeśli celem społeczeństwa jest szczęście wszystkich i zachowanie praw człowieka, to co należy myśleć o tych, którzy chcą je ufundować na władzy kilku jednostek i upodleniu reszty rodzaju ludzkiego! Moja wolność, moje życie, prawo do bezpieczeństwa dla siebie i tych, którzy są mi drodzy, prawo do stawiania oporu uciskowi, prawo do swobodnego korzystania z wszystkich władz mojego ducha i serca; pierwsze z tych, których natura udzieliła człowiekowi, czyż nie zostały na równi z waszymi powierzone straży praw? A tymczasem wy mówicie, że te prawa nie są moją sprawą; i chcecie mi odebrać udział, który na równi z wami powinienem mieć w administrowaniu rzeczą wspólną, i to tylko dlatego, że jesteście bogatsi ode mnie! Czyż prawa i władza publiczna nie zostały ustanowione, by bronić słabości przed niesprawiedliwością i uciskiem? Złożyć ją całą w rękach bogatych, to zatem wykroczyć przeciwko wszystkim zasadom życia społecznego. Ale bogacze rozumowali inaczej. Mocą dziwnego nadużycia słów ograniczyli ogólną ideę własności do pewnych przedmiotów; samych siebie nazwali jedynymi posiadaczami, zaczęli twierdzić, że jedynie posiadacze są godni miana obywateli, swoje własne dobro nazwali dobrem wspólnym, i aby zagwarantować powodzenie tego roszczenia, zagarnęli dla siebie całą władzę w społeczeństwie. A my, którzy ponoć chcemy ich przywieźć do zasad równości i sprawiedliwości, na tych samych absurdalnych i okrutnych uprzedzeniach próbujemy, nie zdając sobie z tego sprawy, wznieść naszą Konstytucję?…”

Maksymilian Robespierre, „O grzywnie srebra” (kwiecień 1791). przeł. Agata Łukomska (fragmenty).

11988765_1020737721297089_6461941698388361873_n