Marat miał dar pesymistycznego przewidywania, którego nie łagodził choćby cień wyrozumiałości. Jego lekarskie oko wietrzyło wszędzie chorobę. Był bezkonkurencyjny, jeśli chodziło o dogłębną znajomość patologii politycznej. Oskarżał każde Zgromadzenie Narodowe i prawie każdego z przywódców ludu po kolei. I równie jak pochlebiał sobie, że jego odkrycia naukowe są oryginalne i przełomowe, tak samo uważał za punkt honoru wynajdywanie zdrady tam, gdzie jej nikt dotychczas nie podejrzewał i występowanie w charakterze zbawcy kraju od bezprzykładnych rzekomo katastrof. Zresztą każdego zdemoralizuje sytuacja, w której wie, że codziennie czeka się na jakieś oskarżenie z jego strony.

Marat nie był nigdy komunistą. Uważał on zrównanie własności prywatnej za utopię. Uważał natomiast, że społeczeństwo winno zrekompensować biedakom utratę ich praw naturalnych – wolności, równości itd. – drogą planowej filantropii publicznej, której zadaniem byłoby dostarczanie im pracy, płacenie na odpowiednim poziomie, tania aprowizacja i opieka na chorymi. Socjalizm jego, podobnie jak tracący myszką socjalizm Robespierre‚a, zostawiał bogacza na swym zamku, a biedaka u jego wrót, ale chciał opodatkować to, co było w nadmiarze u jednego, aby dopomóc w zaspokojeniu potrzeb drugim.

13524578_1139235066114020_396949026763911964_n