W pierwszym okresie rewolucji prostytutki afiszowały się bez żenady, a ich liczba uległa zwiększeniu w porównaniu do lat poprzednich. Wpłynęły na to trudności aprowizacyjne, bezrobocie szerzące się wśród krawcowych, szwaczek i kwiaciarek, które straciły swą zamożną klientelę. Nie bez znaczenia był również fakt, że kobiety zaczęły uczęszczać do kawiarń i miejsc publicznych zgromadzeń, stały się mniej izolowane, a tym samym więcej napotykały różnych pokus i propozycji. Wyróżniano trzy kategorie: utrzymanki, kurtyzany i prostytutki. Pierwsze rzadko ukazywały się publicznie, posiadały własne mieszkania, w których umilały życie jakiemuś zamożnemu protektorowi. Kurtyzany obywały się bez stałych protektorów, miały mniej lub więcej wytworne buduary, ale chętnie same spacerowały po bulwarach lub uczęszczały do teatrów. Nieodzownymi akwizytami kokieterii Kurtyzany były zegarek, lorgnon i biżuteria. Trzecia kategoria, najuboższa i mająca najbiedniejszą klientelę, wałęsała się po ulicach w gromadkach lub pod opieką „mamuś” – stręczycielek. Ubrane były licho, obwieszały się fałszywymi klejnocikami. W 1790 r. wydano anonimową broszurę pt. „Taryfa dziewczyn z Palais-Royal, miejsc sąsiednich i innych dzielnic Paryża z ich imionami i zamieszkaniem”. Czytamy tam: „Jeśli masz 25 liwrów, to idź do pani Dupéron i jej czterech młodych przyjaciółek pod nr 33. Jeśli jesteś oszczędny, to idź do Victoriny, gdzie trzeba mieć 6 liwrów i dostanie się kieliszek ponczu”.Zwracaliśmy już uwagę na to, że w pierwszych latach rewolucji panowała wielka swoboda obyczajów w Paryżu, który przecież i za monarchii nie oznaczał się nadmierną surowością i pruderią. Przypomnijmy. W połowie XV wieku liczono w Paryżu około 5000 prostytutek. Zmiana w stosunku władz miejskich i państwowych do prostytucji nastąpiła w 1560 roku kiedy to zamknięto w Paryżu domy publiczne. Wcześniej Paryż od wieków słynął z tego, że nie był miastem nadmiernie cnotliwym. Duża swoboda obyczajów występowała tu już w okresie wczesnego średniowiecza, a prostytutki uprawiały jawnie swój proceder, znajdując szczególnie liczną klientelę w dzielnicy studenckiej. Władze miejskie albo je tolerowały, albo zwalczały. Przeważała jednak postawa tolerancyjna. Prostytutki tworzyły zrzeszenia, posiadały odrębne uroczystości, miały wspólną patronkę św. Magdalenę, a ku jej czci organizowały doroczne obchody i procesje. Jak już wspomnieliśmy w 1560 roku zamknięto w Paryżu domy publiczne. Prostytutki zaczęły wówczas uprawiać nierząd potajemnie. Policja zwalczała je, a i wykorzystywała straszliwie. Ludwik XIV sięgnął do jeszcze sroższych represji, przerażony szerzeniem się chorób wenerycznych w wojsku. Zarządzenia policyjne w czasach jego panowania nie tylko groziły prostytutkom publiczną chłostą i różnymi hańbiącymi zabiegami (strzyżenie, wystawianie pod pręgierzem, smarowanie głowy dziegciem), ale nawet wprowadzały karę obcinania im uszu dla trwałego napiętnowania.

 

scan_20150704-33

 

Po śmierci Ludwika XIV, za regencji i rządów Ludwika XV, represje znacznie zelżały, władze stały się bardziej tolerancyjne; wszak Wersal nazwać można w tych latach okazałym domem publicznym, a Ludwika XV – orędownikiem, mecenasem i znawcą tej „sztuki”. Ze względów sanitarnych wymagano jednak rejestracji zawodowych prostytutek, a liczba ich za rządów „arcychrześcijańskiego” Ludwika XV sięgała w Paryżu do 32 000. Od czasu do czasu przeprowadzano w mieście kontrolę miejsc podejrzanych i urządzano „łapanki”, a w ich następstwie wywożono prostytutki z Paryża, najczęściej do kolonii francuskich.

 

scan_20150704-34

 

W pierwszym okresie rewolucji prostytutki afiszowały się bez żenady, a ich liczba uległa zwiększeniu w porównaniu do lat poprzednich. Wpłynęły na to trudności aprowizacyjne, bezrobocie szerzące się wśród krawcowych, szwaczek i kwiaciarek, które straciły swą zamożną klientelę. Nie bez znaczenia był również fakt, że kobiety zaczęły uczęszczać do kawiarń i miejsc publicznych zgromadzeń, stały się mniej izolowane, a tym samym więcej napotykały różnych pokus i propozycji. Wyróżniano trzy kategorie: utrzymanki, kurtyzany i prostytutki. Pierwsze rzadko ukazywały się publicznie, posiadały własne mieszkania, w których umilały życie jakiemuś zamożnemu protektorowi. Kurtyzany obywały się bez stałych protektorów, miały mniej lub więcej wytworne buduary, ale chętnie same spacerowały po bulwarach lub uczęszczały do teatrów. Nieodzownymi akwizytami kokieterii Kurtyzany były zegarek, lorgnon i biżuteria. Trzecia kategoria, najuboższa i mająca najbiedniejszą klientelę, wałęsała się po ulicach w gromadkach lub pod opieką „mamuś” – stręczycielek. Ubrane były licho, obwieszały się fałszywymi klejnocikami. W 1790 r. wydano anonimową broszurę pt. „Taryfa dziewczyn z Palais-Royal, miejsc sąsiednich i innych dzielnic Paryża z ich imionami i zamieszkaniem”. Czytamy tam: „Jeśli masz 25 liwrów, to idź do pani Dupéron i jej czterech młodych przyjaciółek pod nr 33. Jeśli jesteś oszczędny, to idź do Victoriny, gdzie trzeba mieć 6 liwrów i dostanie się kieliszek ponczu”.

 

scan_20150704-32

 

Jakobini byli usposobieni zbyt serio i zbyt zasadniczo, aby patrzyć przez palce na szerzącą się prostytucję. Drażniło ich to jak objaw zepsucia, a nadto domyślali się w środowisku prostytutek i sutenerów agentów rojalistycznych. Te przyczyny skłoniły władze miejskie Paryża do wypowiedzenia walki z prostytucją w daleko szerszym zakresie, niż to było dotychczas organizowane. Akcję tę zapoczątkowały uchwały podjęte przez zgromadzenia sekcyjne, podkreślające, że w republice powinna zapanować czystość obyczajów. Komisarze sekcyjni mieli skłaniać dziewczyny publiczne, aby porzuciły dotychczasowy tryb życia. Pierwszy nalot na największe gniazdo prostytucji w Paryżu, Palais-Royal, zorganizował Hanriot w lipcu 1793 r. Odbyło się nagle. Zamknięto szybko bramy, a do wnętrza wszedł Hanriot i zadał zgromadzonym pytanie, dość zresztą niezręczne, chociaż miał dużo dobrej woli. Zapytał więc wszystkich, czy są dobrymi republikanami oraz czy nie przechowują agentów wroga. Na pierwsze pytanie otrzymał odpowiedz twierdzącą, na drugie przeczącą i tym się zadowolił. Wyszedł przekonany, że tu nie ma knowań przeciw republice, reszta – strona moralna – w gruncie rzeczy niewiele go obchodziła.

 

scan_20150704-27

 

Człowiekiem bardziej zasadniczym był prokurator Komuny, Chaumette. Doszedł on do wniosku, że złe obyczaje spowodowane są deprawacją, jaką szerzyły wielowiekowe rządy monarchistyczne, że zło tak głęboko zaszczepione musi zniknąć w republice; trzeb je wyplenić przy użyciu najsurowszych środków. Tak rozumowały również władze Komuny. Rozesłano więc patrole, które dzień i noc krążyły po ulicach Paryża i wyłapywały prostytutki. Posyłano je następnie do domów pracy przymusowej, a często i na gilotynę. W zapamiętałym dążeniu do umoralnienia miasta Chaumette zwrócił się z apelem do starców, których patetycznie nazwał „ministrami moralności”, aby natychmiast donosili, gdy tylko dostrzegą, że moralność jest naruszana. Na apel takiego cnotliwego starca wkraczała natychmiast miejska siła zbrojna. Rezultaty tej akcji – jak się można było spodziewać – nie okazały się zbyt budujące. Nie sposób przy pomocy paru dekretów czy wzmożonych represji umoralnić miasta, na którym piętno wycisnęła wojna i głód, a które nadto przed tymi wypadkami należało do jednego z bardziej swawolnych w Europie. Prostytucja istniała więc nadal, tylko w formie bardziej dyskretnej, a nawet zakonspirowanej.