12806253_1070399109664283_2158052198623502068_nJak wiadomo Desmoulins był kolegą ze szkolnej ławy Maksymiliana Robespierre’a, przez co z punktu widzenia psychologicznego, problem walki przeciwko dantonistom (Desmoulins był protegowanym Dantona) komplikował właśnie fakt, że Robespierre był związany węzłami osobistej przyjaźni z Kamilem Desmoulinsem. W notatkach, które znane stały się po jego śmierci pod tytułem „Uwagi przeciwko dantonistom”, Maksymilian Robespierre pisał: „Kamil Desmoulins z powodu niestałości imaginacji, a także z powodu egoizmu zdolny był do tego, aby zostać ślepym zwolennikiem Fabre’a i Dantona. Takim to sposobem popchnęli go oni do zbrodni. Przywiązali go do siebie fałszywym patriotyzmem, który jedynie udawali. Desmoulins przejawiał szczerość i republikanizm, piętnując zaciekle w swojej gazecie Mirabeau, La Fayette’a, Barnave’a i Lametha, kiedy byli znani i potężni, mimo że wcześniej wychwalał ich szczerze.”

Wiosną 1794 roku wszyscy uczestniczący w oskarżeniu Desmoulinsa wyraźnie zdawali sobie sprawę, że wykluczenie z Klubu Jakobińskiego pociąga za sobą niemal automatycznie postawienie przed Trybunałem Rewolucyjnym. Proces przeciwko Dantonowi i dantonistom, choć nie miał tak dokładnego protokołu jak proces hebertystów, oświetlony jest dostatecznie w literaturze specjalistycznej, dzięki czemu wyrobić sobie można o nim zdanie. Z krótkich i niedoskonałych protokołów Klubu Jakobińskiego, wydanych przez Alfonsa Aularda, wiadomo, jak odbywała się w klubie dyskusja nad ostatnimi numerami „Vieux Cordelier” i jego redaktorem Kamilem Desmoulinsem (ostatni numer gazety został skonfiskowany na podstawie decyzji rządu rewolucyjnego).

Szczegóły posiedzenia, które był tak decydujące dla losu Desmoulinsa, w ciekawy sposób przedstawił Albert Manfred w przywoływanej już przez nas nie raz książce pt. „Rousseau, Mirabeau, Robespierre. Trzy portrety z epoki Wielkiej Rewolucji Francuskiej”, przeł. A. Szymański, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988. Autor namalował obraz przedstawiający wykluczenie Desmoulinsa z Klubu Jakobinów w sposób niezwykły, a mianowicie uczynił to oczami żony Kamila Desmoulinsa – Lucille Desmoulins. Oto rezultat:

Kiedy zaczął zapadać zmierzch, Lucille zbliżyła się do okna. Posiedzenie Klubu Jakobinów mogło się już skończyć, i po tym, jak on wraca – po jego kroku, sposobie trzymania głowy, po wielu oznakach – wiedziałaby od razu, jak się zakończył ten decydujący dzień. Czas jednak płynął, zapadał coraz gęstszy mrok; na ulicy było coraz mniej przechodniów. Kiedy zrobiło się już zupełnie ciemno, Lucille wróciła na fotel, zwinęła się na nim w kłębek i zaczęła nasłuchiwać. Jakże wolno, w jakiej udręce płynął czas. Panowała taka cisza, że słychać było przytłumione kroki nielicznych przechodniów. Potem znów długa, nie naruszona niczym cisza.

Nagle na dole trzasnęły drzwi i zaraz usłyszała jego kroki. Po tych miękkich, niepewnych, nierównych krokach, wznoszących się wolno po skrzypiących schodach, zrozumiała, że wszystko przepadło. Nie trzeba było o nic pytać; słowa nie były potrzebne. Przez czas jakiś siedzieli w milczeniu naprzeciw siebie. Wreszcie Kamil nie wytrzymał: w sposób chaotyczny, niejasny, jąkając się bardziej niż zwykle, zaczął opowiadać o tym, co się wydarzyło.

Targały nim spóźnione, bezsilne wyrzuty: trzeba było przemawiać zupełnie inaczej, nie tak, jak to uczynił; należało samemu atakować, otworzyć im oczy na potworność tego, co się dzieje. Trzeba było krzyknąć: „Opamiętajcie się! Otwórzcie oczy! Wielki Boże! Kogo chcecie wykluczyć z klubu? Samą rewolucję? Samych siebie? <<Generalnego prokuratora latarni>>, człowieka, który w gorące dni lipcowe 1789 roku pierwszy rzucił w Palais Royal wezwanie do szturmu Bastylii, redaktora <<Rewolucji Francji i Brabantu>> Kamila Desmoulinsa, który od pięciu lat jest wcieleniem rewolucji? Nie wolno wykluczyć Desmoulinsa, jeśli nie chce się podnieść ręki na samą rewolucję, jeżeli nie chce się przekreślić wszystkiego, czego ona dokonała…”

Właśnie! Gdyby tak powiedział, powstrzymałby ich. Maksymilian, ten, Maksymilian, który tyle razy obrzucał go szybkim, kosym, pewnym wewnętrznego zmieszania spojrzeniem, przywołałby ich do porządku: zrozumiałby, że w tym miejscu przebiega nienaruszalna granica. Jeśli raz przekroczy się ową granicę, jeśli się uczyni krok w przepaść, wówczas potężna i narastająca siła lawiny pociągnie za sobą wszystkich w bezdenną otchłań. Lecz te nieodparte w swej surowej prawdziwości słowa nie zostały wypowiedziane. Teraz nic już nie mogło zmienić tego, co nieodwracalne, przesądzone z góry. Tu Kamil zapłakał – siły opuściły go, więcej nie mógł już żywić żadnej nadziei. Płakał głośno, pochlipując jak dziecko, z twarzą schowaną na kolanach Lucille, a ona, delikatna Lucille, gładziła ciepłą miękką ręką jego potargane włosy, mokrą od łez twarz, uspokajając go cicho: „To nic, mój maleńki, to nic, wszystko wróci na swoje miejsce i znów będziemy szczęśliwi.”

Rzeczywiście, wydawało się jej, że kiedy ta męcząca noc dobiegnie kresu, kiedy rozproszą się nocne cienie i znów nastanie dzień pełen słońca, wszystko wróci do normy, ona zaś nie będzie już słyszeć płaczu Kamila, lecz jego zawadiacki, dziarski śmiech. Czyż mogła wtedy wiedzieć Lucille, że drgający już za oknami świt będzie jeszcze bardziej okrutny niż noc, że w jeden z najbliższych dni głowa Kamila spadnie pod ostrzem gilotyny, a jeszcze później, za miesiąc, ona sama w pięknej, białej, niemal ślubnej sukni wejdzie na szafot, aby zamknąwszy oczy czekać, jak na wybawienie od cierpień, kiedy i na nią spadnie ostrze.

Fot. Jacques-Louis David, Camille Desmoulins z żoną i synem, 1793.